Archiwum dla Czerwiec, 2013

44. …

Nie mam pomysłu co by tu napisać więc wkleję taki jakiś wiersz. Moje Autorstwo. Hehe.
Będziecie mieć czytania, a czytania.! ; 3 Miedzy strofami wpuszczę może zdjęcia, ale ogólnie to to jest całość. I nie ma tytułu.

Bo nie mam już innego wyboru.

Więc stoję tak sama pośrodku peronu.

Zerkam w lewo i tracę nadzieję.

Ktoś mi wspominał o twoim pogrzebie.

Ja jednak nie wierze, bo zawsze tu byłeś.

Kiedy wracałam to przychodziłeś.

Łapałeś za dłoń, całowałeś w czoło.

Pamiętam  to wszystko.

Jakże było kolorowo. 


Dziś późna jesień. Deszcz ciągle pada.

Od chwili Twej śmierci niebo rozpacza

I ja razem z nim nie mogę przestać płakać.

Tęskno mi za Tobą. Zaczynam się rozpadać.

Więc pomóż mój Drogi skończyć me męki.

Przyjdź do mnie dziś i chwyć za róg sukienki.

Poprowadź za sobą. Chcę być razem z Tobą.

Tylko mi nie mów: „Chyba masz coś z głową!”

I nie pytaj dlaczego też chcę umrzeć tak młodo.

Nie śpię szóstą noc i może to omamy,

Ale chyba siedzisz obok ubrany w piżamy.

Chcę krzyknąć już ze szczęścia.

W głowie słowa: „Dzięki Bogu! Jednak żyjesz.”

Lecz kładziesz palec na swych ustach i nakazujesz ciszę.

Ach dla Ciebie Ukochany zrobię wszystko.

Więc siedzę w Twym fotelu cichutko jak myszka.

Masz zatroskana twarz, a na policzku znajoma szrama.

Proszę nie odchodź jeszcze. Zostań choć do rana.

Wczoraj przyszedł list. Był od generała.

Pytał jak się trzymam i jak się czuje twoja matka.

Kartka papieru była przesączona łzami.

Widocznie generałowie płaczą czasami.

Przepraszał mnie za Twą śmierć

I pisał, że tęskniłeś.

Co dzień podobno dziękowałeś Bogu, że przeżyłeś.

Listów później przychodziło więcej.

Każdy mnie wzruszał i na nowo poruszał serce.

Tydzień po liście od generała

Przysłano bandaże którymi opatrywano twoje rany

Nie było w nich bieli.

Niektóre od krwi nawet poczerniały.

W paczce był również twój karabin.

Nie wiedziałam co z nim zrobić

Położyłam go na kominku.

Postawiłam obok twoje zdjęcie.

Nie mogłam uwierzyć nie zobaczę Cię już nigdy więcej.

Wiedziałam , że twoje ciało do ojczyzny nie wróci

Po wybuchu bomby w magazynie gdzie było tylu ludzi.

Nie dałoby się go nawet odnaleźć.

Od zawsze chciałeś ratować innych życie

Niebezpieczna była twoja praca.

Prosiłam tyle razy, abyś zrezygnował

Użyłeś wtedy słów:

Zbyt wielu ludzi w piasek głowę chowa.

Ja tak żyć nie umiem. Brzydzę się tchórzostwa”

Tak odważnie, walczyłeś niczym lew

Narażałeś się dla innych – duma rozpierała mnie.

Bowiem mieć takiego męża to największy skarb.

Byłeś tak rozsądny, a zniszczył cię świat

Dla którego ty zrobiłeś wiele tak.

Dziś wszystkim Ciebie brak.

Ach błagałam na kolanach

Byś tym razem został

Słuchać nie chciałeś. Krótka to historia.

Nieco później urodził Ci się syn.

Nazwałam go Piotr.

Po Tobie. Po tacie.

By również tak waleczny był.

Zamieszkałam z twoją matką.

Żyje się nam dobrze.

Piotruś ma dziś trzy latka

I mija czwarta wiosna od kiedy

Poszedłeś na wojnę.

Po tylu latach przyszedł jeszcze list.

Nie było nadawcy, a moje zdjęcie w nim.

Zdjęcie sprzed tych właśnie czterech wiosen.

Z tyłu napis :” Kocham. Wrócę, gdy ocalę Polskę”

Krótko i zwięźle. Często tak pisałeś.

Moje serce biło szybciej.

Pokazałam kopertę i zdjęcie twojej matce.

Nie posiadała się z radości.

Płakała. Jak ja, Lecz to były łzy radości.

Wrzesień czterdziesty piąty rok.

Tym razem ja czekam na peronie

Z Piotrusiem i twą matką obok

Wypatruję Ciebie w tłumie już siódmą godzinę.

Matka poszła z synkiem do domu.

Usiadłam na ławce rozglądając się na boki.

Znów traciłam nadzieję.

Ach jakże ten los jest dla nas srogi.

Na tak długo rozdziela nasze drogi.

Ostatni pociąg. Ostatnia grupa ludzi.

Wszyscy się rozchodzą. Wszyscy tacy chudzi.

Nagle widzę znajomą ciemną czuprynę.

Nagle widzę znajome błękitne oczy.

Stoisz tam całkiem sam i kogoś wypatrujesz.

Wzrokiem odnajdujesz mnie.

Biegnę do ciebie, ty do mnie kuśtykasz.

Masz złamaną chyba kostkę,

Bo tak utykasz.

Łapiesz za dłoń i całujesz czoło.

Zapominamy o bożym świecie.

Tak wiele się stało od kiedy cię nie było.

Masz syna. Piotrusia” mówię łkając cicho.

Przepraszam, że nie pisałem

I nie dawałem znaku życia, ale zrozum

Ukochana, że bałem się wychodzić z ukrycia.

Tak się bałem, że mnie znajdą, zabiją

I już nie wrócę. „

Po wojnie na twym czole pojawiła się mała bruzda.

Trochę postarzałeś i jesteś tak poturbowany.

Chodźmy do synka kochanie,

I do mej matki” – mówiłeś stęskniony za swą rodziną.

Weszliśmy do domu.

Za babcią schowany nasz, a nie tylko mój, mały Piotruś.

Pamiętasz kochanie jak mówiłam ci o tacie? „

Nie musiałam tłumaczyć nic.

Piotruś zrozumiał wszystko. Przytulił się do taty.

Na takie zakończenie właśnie czekałam.

Tyle lat nie było Ciebie.

Tak często płakałam.

Łykałam tabletki uspokajające.

Och, jak dobrze, że wróciłeś.

Uratowałeś Polskę – matka mówiła ci często.

Już zrezygnuj z tej pracy moje dziecię drogie”

Ty jednak nie chciałeś.

Mnie również nie słuchałeś.

 

Kiedyś twój synek tak bardzo się wystraszył.

Mówiłeś, że jesteś i gdy będzie trzeba

To będziesz za rodzinę walczył.

Ach, jakże był mądry ten nasz Piotruś

Powiedział ci wtedy:

Tato, błagam, jeśli nas szczerze kochasz to

Odejdziesz z wojska,

Bo jeśli coś mnie kiedyś zabije, to nie wróg na froncie

To tylko troska o Ciebie i rodzinę”

Nie miałeś wyboru, porzuciłeś armię.

Zostałeś piekarzem, ja byłam pielęgniarką.

Piotruś wyrośl i opiekował się babcią.

Lecz kiedy zginęła w drodze po chleb.

Już nie Piotruś lecz Piotr nie umiał powstrzymać łez.

Coś się w nim zmieniło i obudziła się walecznego dusza.

Wystraszyły nas siedemnastoletniego Piotra słowa:

Mamo, Tato

Idę do Wojska”

Spodziewaliśmy się słów typu:

Jestem zakochany”,

A zamiast tego mąż powtarzał załamany:

On mnie odpędzał od żołnierza doli,

A sam skazuje się na pobyt pośród strzeleckiej agonii.

Żyć w armii wcale nie jest łatwo.

Jednak rozumiem wolę syna mego.

On chce po prostu, tak jak ja czyniłem,

Czynić coś dobrego.”

Nie chciałam go puścić tak w świat,

Hen daleko, ale cóż zrobić.

Syna mam jednego

I stracić go nie mogę

Lecz przecież wojsko jego marzeniem.

Nie stanę mu na drodze.

Kiedy odjeżdżał stałam na peronie.

Machałam białą chustką żegnając syna.

Obok stał mąż – moja jedyna oprócz Piotrusia rodzina.

Na początku pisywał syn co miesięcy parę

Później kontakt urwał się

Zmartwiona byłam stale

Tak się bałam, że mój Piotruś nie wróci

Tak się bałam, że nie przytuli więcej swojej mamusi.

Nie mogłam już sypiać

Nie wiedząc co się dzieje.

Wieści od Piotrusia

Nie mieli nawet jego przyjaciele.

Chodziłam na peron

Co tydzień,

Co raz to częściej.

W ręce biała chusta

W piersi zbolałe, matczyne serce.

Znowu się bałam,

Że ktoś bliski mi nie wróci.

Znów tabletki łykałam

Wpędzając się do trumny.

 

Któregoś dnia byłam tak słaba

Mąż zakazał mi wstawać

Witaminy dostawałam.

Czułam, że me serce bije coraz prędzej.

W końcu doczekałam tego dnia.

Ktoś do drzwi pukał.

Wstałam, podeszłam i otworzyłam.

Patrzę, a za drzwiami

Ty i twa rodzina.

Tak się ucieszyłam.

Słów mi brakowało.

Że nie pisałeś, jak twój ojciec, przepraszałeś.

Przytuliłam twoją żonę nie znając jej choćby z imienia.

Podała mi dziecię.

Jakże było piękne.

Elżunia. Po Tobie.

Po mojej mamie.

By jak ty miała nadzieję.”

Zamieszkaliście z nami.

Nie posiadałam się z radości.

Serce me biło jakbym miała lat dwadzieścia,

Mego męża już z mniejszym entuzjazmem.

Mimo to dawaliśmy jakoś radę.

Tak kochałam mą Elżunię.

Tak bałam się odejścia.

W myślach błagałam, by żyć

Jak najdłużej.

Na stare lata z mężem

Dorobiliśmy się fortuny

Więc kupiliśmy mieszkanie

W skromnej kamienicy

Przy malowniczej warszawskiej ulicy.

Jeździliśmy na wycieczki

Z naszą małą wnusią.

Rodzina powiększyła się

O maleńką Lucynę.

 

43. Bywa.

skarbie nic nie trwa wiecznie. bywa tak, że coś kończy się i mija. nie odnajdziesz tego więcej.

nie zamierzam pokazywać słabości, bo nie uważam by mogły mi jakoś pomóc.

może to nie jest wyjście, ale przemilczę. nie mam ochoty na tłumaczenie

bo nie mam już innego wyboru. stoję sama pośrodku peronu. zerkam w lewo i prawo, tracę nadzieję. ktoś mi wspominał o twoim pogrzebie. ja jednak nie wierze. zawsze tu byłeś. kiedy wracałam to przychodziłeś. łapałeś za dłoń, całowałeś w czoło.  pamiętam  to wszystko. było kolorowo.

dziś późna jesień. deszcz ciągle pada. od chwili twej śmierci niebo rozpacza i ja razem z nim nie mogę przestać płakać. tęskno mi za tobą. zaczynam się rozpadać. więc pomóż mi mój drogi skończyć me męki. przyjdź do mnie dziś. chwyć za róg sukienki. weź mnie ze sobą. bez ciebie żyć nie umiem. po mych policzkach płynie wartki strumień słonych łez.

Spojrzałam się w niebo, głęboki wdech i uśmiechałam się ot tak, bez powodu.

czas leczy rany, ale blizny pozostają.